wtorek, 1 listopada 2016

Dziewczyna taka jak ja - Rozdział IV

Cześć!

To już czwarty rozdział przed Wami. W sumie nie wiem, czy trzeba byłoby napisać coś jeszcze. Nie mam pojęcia, czy byłoby to odpowiednie. No nic. Nie będę przedłużać.

Zapraszam do lektury.
Trzymajcie się,
ELO.

"Droga Babciu!

Właśnie dzisiaj jest mój pierwszy dzień w nowym mieście, jakim jest Newell. Jest dobrze. Chciałabym tak napisać, ale byłabym nieszczera wobec Ciebie, a najbardziej wobec siebie. Nieważne, ile uśmiechów bym nie wysłała w Twoją stronę to i tak oczy powiedziałyby Ci najwięcej.

Pierwszego dnia już zemdlałam, obudziłam się w cudzym mieszkaniu i po raz kolejny doświadczyłam nienawiści ze strony ludzi. Mam ich dość. Za każdym razem, gdy się do nich zbliżam zawsze znajdzie się ktoś, kto mnie nie lubi za to, kim jestem. Nie pozostało mi nic innego jak się od nich odsunąć. Nie chcę być przez nich jeszcze bardziej raniona. Jeśli ból miałby jakiś cel, to zniosłabym go, ale jeśli ma mnie jeszcze bardziej pogrążyć i zniszczyć to będę go omijać jak bardzo się da.

Oprócz tego zastanawiają mnie intencje ojca. Dlaczego chciał bym tu przyjechała? Mam przeczucie, że to jest związane z czymś innym, a nie chęcią inwestowania w mój rozwój. Wielokrotnie mówiłaś, że zepsuło go życie. Coś w tym jest, ponieważ jest człowiekiem niezrównoważonym, o wielu twarzach. Najpierw łagodny i enigmatyczny, a potem taki zimny, ostry i nieczuły. Stał się wrakiem człowieka. Babciu, co się stało? Mam wrażenie, że wiesz więcej, niż chcesz mi powiedzieć. Chciałabym, żebyś mi o tym opowiedziała. Jeśli prawda jest bolesna, zniosę ją. W końcu to dotyczy mnie.

Dość już tych smutków. Co tam u Ciebie? Jak się ma Eri? Czy zniosła jakoś to rozstanie?
Pozdrawiam Was z Newell.

Kocham i całuję,
Wasza Meredith ♥"

Meredith po napisaniu tego listu czuła się troszkę lepiej. Wszystkie te emocje, które w niej były w końcu miały możliwość ujścia. Przynajmniej wiedziała, co ma robić dalej. Po raz kolejny przekonała się, jak bardzo ludzie potrafią kogoś zranić bez powodu. Madeleine, bo to o nią chodziło, powiedziała jej coś, co trafiło ją bezpośrednio w serce. Meredith należy do osób unikających wszelakich problemów. Unika kłótni jak ognia. W takich sytuacjach najlepiej zachować zimną krew i ignorować drugą osobę i nie pokazywać po sobie, że w jakiś sposób coś nas dotknęło.

Łatwo powiedzieć, a trudniej zrobić - pomyślała Meredith.

Jednakże zauważyła jeszcze jedną rzecz. Wie, że jest na plaży, ale kompletnie nie wie, jak wrócić. Na pewno chodzenie losowo wybranymi ścieżkami nie wchodzi w grę. Sztuka polega na znalezieniu wyjścia, jednakże nie chciała błądzić bezsensu w tym labiryncie. Nie miała wyboru - musiała zadzwonić do Roberta. To jedyna iskierka nadziei. Po chwili Meredith zauważyła, że jej telefonu nigdzie nie było. Szukała w spodniach i w torebce, którą miała ze sobą, ale on zapadł się pod ziemię. Numeru do Roberta nie znała na pamięć. Była w kropce. Jedyną opcją był powrót do Tropicany, którego w tym momencie naprawdę chciała uniknąć.

BAR TROPICANA PO ZNIKNIĘCIU MEREDITH


- Hayley, po co Madeleine to zrobiła?
- Lily przecież wiesz, jak jest ona wyczulona na innych ludzi.
- Wiem i to bardzo doskonale, bo...
- Cześć wam! A co tu się dzieje? - przerwała im z uśmiechem Gabriella Piovani, "pin-upowa" dziewczyna z Włoch.
- Cześć Gabi - przywitała się Lily. - Zawsze wiesz, kiedy wejść i coś powiedzieć. Hayley, idę poszukać Meredith. Pewnie nie wie, jak wrócić do domu. W końcu mam jej telefon. Do jutra.
I odeszła zostawiając Hayley i zdziwioną Gabriellę.
- Hayley, możesz mi wytłumaczyć o co chodzi. Idę sobie do pracy jak gdyby nigdy nic, a tu jakaś grubsza zadyma. Oświecisz mnie? - szturchnęła Hayley w rękę, a ona tylko wzruszyła ramionami i powiedziała:
- Nic szczególnego. Madeleine w nieprzyjemny sposób przywitała nową osobę w tym mieście. Nic wartego uwagi.
- Oooo, to jest ktoś nowy? Kim on czy ona jest? - Oczy Gabrielli ze zdziwienia o mało co nie wyskoczyły z orbit.
- To ona. Nazywa się Meredith. W sumie to tyle o niej wiem, ale wydaje się naprawdę milutką osóbką, ale po prostu troszkę boi się ludzi. Trochę mi smutno, bo nie wypiła mojego Arbuzowego Ukojenia, a był dobry jak zwykle - oburzyła się Hayley. - Mam nadzieję, że nic jej nie jest i wróci do domu albo Lily ją znajdzie.
- Hayley, nam nie zostało nic innego jak po prostu robić swoje. Ubieram się i pomagam ci ogarniać tą górę klientów. Mam nadzieję, że twoje nieogarnięcie nie wzięło dziś góry, co?
- Hahaha, oczywiście że nie Gabi! Patrz tylko, jak dzisiaj wymiatam. Nawet Bean to potwierdza, co nie?
- Dobrze, dobrze. Zobaczymy, na co cię stać. Do boju!

POSZUKIWANIA MEREDITH


-Meredith! Gdzie jesteś?! Meredith! - Nawoływania Lily na razie nie odniosły jakiś większych skutków.
Po prostu jej głos wysyłany był w przestrzeń, ale żadnego odzewu. Szukała wszędzie. Ta plaża była bardzo rozległa. Najpierw zaczęła od skałki, na którą zabrała Meredith, ale jej tam nie było. Sprytnie. Pewnie wiedziała, że tam zacznie - pomyślała Lily. Nabrała do niej szacunku i podjęła zabawę w chowanego. Potem szukała wokół każdego baru, ale przecież było to głupie, bo Meredith unikała tłumów, jak ognia, co mogła wywnioskować po jej zachowaniu. Jakieś ustronne miejsce, w którym jeszcze nie była - intensywnie myślała Lily o tych najbardziej unikanych przestrzeniach przez plażowiczów. Nie może być. Chyba wiem, gdzie.

Postawiła na to miejsce całą swoją nadzieję, jaką miała, aby tam znaleźć Meredith. Już była blisko desperacji. Nie wiedziała co robić. Zaczęło robić się ciemno, zimno i w dodatku padał deszcz. Chce to zakończyć jak najszybciej. Jedno miejsce, do którego nikt nie chodzi to Smocza Jaskinia. Skąd taka nazwa? Wierzono, że było tam zwierzę, które swoim wyglądem, rykiem i skrzydłami przypominało smoka. Jednakże dla ryzykownej Lily nie było rzeczy, których by nie zrobiła, a tym bardziej dla osób w potrzebie. Nie wahała się ani chwili. Zaczęła swoje poszukiwania.

Jest to bardzo ukryte miejsce. Na obrzeżach tej ogromnej plaży jest jeszcze mniejsza. Odjazd, nie? Genialne miejsce, aby odpocząć i pomyśleć. Rzadko, kto się tam zapuszcza, bo albo nie ma się na to ochoty i czasu albo po prostu nikt o tym miejscu nie wie. Ciekawe, jak zareaguje na tą nowinkę Meredith? Będzie uwielbiać to miejsce, gdy się dowie o jego historii - pomyślała Lily. Nawet w takiej chwili nie potrafi się na nią złościć.

Zrobiło się zimniej niż wcześniej, więc założyła na siebie bluzę, którą na szczęście miała ze sobą i było jej troszkę cieplej. Już była u celu. Widziała światło. To na pewno ona.

- Meredith! Jeśli tam jesteś to odezwij się!

Lily nie musiała długo czekać na odpowiedź. Otrzymała ją od razu.

- Lily, czemu tutaj jesteś? Przecież dałam sobie radę i nic mi nie jest. Potrafię o siebie zadbać. Patrz, nawet rozpaliłam ognisko.

Teraz to wkurzyło osobę, która ratowała ją i to po raz drugi.

- I ty się jeszcze pytasz, czemu tu jestem?! To chyba oczywiste! Jestem tu po to, bo się o ciebie martwiłam, tępa pało! Myślisz, że ryzykowałabym wszystko dla osoby, na której w ogóle by mi nie zależało? Jestem też odpowiedzialna za ciebie, bo to ja zabrałam cię na plażę, aby pokazać ci od dobrej strony miasto Newell. Nie sądziłam, że tak to się skończy. Przepraszam za Madeleine. Ona zawsze tak reaguje na ludzi. Może kiedyś się do ciebie przekona, nie? - uśmiechnęła się Lily w tym całym bagnie żałości, w jakim obydwie się znalazły. Reakcja Meredith jednak była inna, jakiej się spodziewała.

- Myślisz, że ja tego chciałam?! Chciałam tylko zobaczyć to miasto. Te wszystkie uliczki, które mają własne tajemnice. Zabrałaś mnie na plażę. Podobał mi się ten widok, taki zapierający dech w piersiach. Ale potem pojawiła się kolejna osoba w moim życiu, która zmieszała mnie z błotem. Czy ty uważasz, że jest to mój pierwszy raz, w którym to słyszę?! Nie! I wiesz co? Nie mam ochoty dłużej bawić się w jakąkolwiek znajomość z kimkolwiek. Wybacz Lily, doceniam to co dla mnie zrobiłaś, ale nie mam ochoty na nic. Mam być znowu zraniona przez innych? Nie chcę, dlatego się odsuwam na dobre i tobie radzę to samo. Chcę być sama.

W tym momencie Lily opadły ręce. Nie wiedziała co ma zrobić ani powiedzieć. Meredith również nie chciała niczego dodawać, bo jej czas zajmował płacz. Jednakże odruchowo Lily podeszła do niej i ją przytuliła. Nic innego nie przychodziło jej do głowy. Ten gest wywołał w Meredith jeszcze większą potrzebę uwolnienia emocji i płaczu. Obie tak siedziały, co wyglądało żałośnie i dramatycznie.

- Już ci lepiej Meredith? Nigdy nie odsuwaj od siebie ludzi, którym na tobie zależy. Pamiętaj, że masz mnie. Pomogę ci, choć kilka godzin temu poznałyśmy się. Dziwne, nie? - zaśmiała się Lily.
- Nigdy nie będę w stanie ci się poprawnie odwdzięczyć za to, co dla mnie robisz.
- Na początek zacznijmy od nowa. Nazywam się Lily Morris. Czy mogę być twoją przyjaciółką? - podała rękę Meredith na znak zawarcia znajomości i obdarowała ją tym uśmiechem, który tak polubiła. Przez chwilę wahała się, ale jej ręka mimowolnie ruszyła w stronę Lily. Uścisnęła ją i roześmiała się.
- Jestem Meredith Hanson i niechętnie to przyznaję, ale chcę być twoją przyjaciółką.
- Czemu niechętnie? - zdziwiła się Lily. - Potrafisz zepsuć cudowne momenty, ha.
- Mam do tego po prostu talent - uśmiechnęła się Meredith.

To był pierwszy i prawdziwy uśmiech Meredith, który mógłby odpędzić chmury i przywołać słońce w dowolnym momencie.

- No to co, czas ruszać do domu, nie Dzieciaku?
- Dlaczego dziecko? Przecież nim nie jestem!
- Właśnie, że tak! W dodatku małym i niedobrym, dlatego będę cię tak nazywać.
- Przy okazji, czy masz mój telefon Mamo?
- Tak, mam, a po co ci on?
- Zadzwonię do Roberta to po nas przyjedzie.
- Tego znajomego rodziny?
- Tak, dokładnie po niego. Chociaż tak mogę się odwdzięczyć.
- No dobrze, niech będzie. Wyjdźmy stąd i wtedy zadzwonisz, dobrze?
- Tak jest Mamo!
- Nie nabijaj się ze mnie Dzieciaku, bo dostaniesz karę za niedobre zachowanie.
- Grozisz mi? - droczyła się z Lily.
- Sprawia ci przyjemność, takie droczenie się?
- Ależ oczywiście! O niczym innym nie marzę!
- Uważaj sobie, bo pożałujesz.
- Uuuu, już się boję! Złap mnie, jeśli potrafisz!

Meredith pokazała Lily język i zaczęła uciekać. Bawiły się jak małe dzieci biegające po podwórku nie zwracając uwagi na warunki pogodowe. Robiły to tylko dlatego, aby przedłużyć tą beztroskę i świetną zabawę mimo wszystko. Meredith nie dawała za wygraną, ale Lily była szybsza i przewróciły się obie na piasek i tarzały się w nim śmiejąc wniebogłosy.

- To było świetne! Meredith, nie spodziewałabym się tego po tobie. Ty potrafisz się bawić!
- Ja po sobie też nie. Nigdy bym się na coś takiego nie odważyła.
- A jednak zrobiłaś to. Jestem z ciebie dumna.
- Dziękuję ci za wszystko Lily, ale jednak może wróćmy do domu. Ciepła herbatka po takich przeżyciach na pewno dobrze nam zrobi.
- Wyjęłaś mi te słowa prosto z ust.
- To dzwonię do Roberta, aby po nas przyjechał.

Meredith wykonała do niego telefon, a on jak rasowy taksówkarz przyjął ich zamówienie. Nie spodziewała się po nim takiej reakcji. Pomyślała o tym, czy powiedział jej ojcu o tym, że wyszła. Miała jednak nadzieję, że nie. Mimo paru niedogodności to jednak był dobry dzień, który zakończył się zabawą na plaży. Nie musiały długo czekać, bo Robert w ciągu kilku minut podjechał czarnym SUV-em, aby zawieźć Lily i Meredith do domu.

- Nie mówiłaś, że to taki duży i zapewne drogi samochód.
- Sama nie wiedziałam, który wybierze. Chcesz tu tak stać i marznąć, czy może chcesz wejść do swojego ciepłego domu i schować się pod kołdrą z kubkiem herbaty w ręce?
- Ba, że wybieram to drugie.

Lily wsiadła do samochodu, a za nią Meredith. Od razu ruszyli. Robert tylko zapytał Lily o adres, pod który ma ją zawieźć. Jazda trwała krótko. Dziewczyny pożegnały się i miały nadzieję na kolejne spotkanie. Z kolei, kiedy Meredith została sama z Robertem bała się zapytać go o to, czy powiedział o tym wszystkim ojcu, ale to była rzecz, którą musiała wiedzieć. Od tego zależało wszystko. Musiała znaleźć w sobie siłę, aby walczyć o swoje.

- Robercie, czy mogę mieć do ciebie pytanie?
- O co chodzi Panienko Meredith?
- Czy ty powiedziałeś Ojcu o dzisiejszym dniu? - jąkała się Meredith bardziej przez zimno niż to, że się bała. Choć może i jedno i drugie miało wpływ na to, jak mówiła.
- A co dokładnie Panienko Meredith?
- O tym, że zasłabłam albo o tym teraz. Proszę o szczerość Robercie, Chcę wiedzieć.
- Nie, nie powiedziałem. A powinienem?
- Uff, to dobrze. Nie chciałam, żeby zabronił mi wychodzenia gdziekolwiek. Nie znam go, ale widzę, jak bardzo jest nadopiekuńczy w pewnym kwestiach.
- Nie powiedziałem, ponieważ wiem, jaki jest Pan Jason. Rzadko kiedy kieruję się w życiu osobistymi sprawami, ale odniosłem wrażenie, że nie chciałaby Panienka, aby o wszystkim się dowiadywał.
- Nie ufam mu, jak na razie. Nie wiem, na ile można pozwolić mu odkryć mnie samą. Nawet nie mam pojęcia, ile tak naprawdę o mnie wie.
- Dość sporo wie Panienko Meredith.

To Meredith trochę przeraziło. Mimo, że jest szoferem to i tak wie więcej o nim, niż ktokolwiek inny. Jest bardzo uniwersalny. Chyba zaczynam go lubić - pomyślała Meredith i po tym wykańczającym dniu po prostu zasnęła.


To wszystko.
Do następnego!
Share:

0 komentarze:

Prześlij komentarz