Cześć!
Trochę czasu minęło od mojego ostatniego wpisu. Oczywiście, nie porzuciłam pisania opowiadania terapeutycznego czy przemyśleniowych postów, ale trochę się w moim życiu działo i nie miałam ani weny ani chęci wrzucania tu czegokolwiek. Potrzebowałam ochłonąć i trochę więcej przestrzeni. Myślę, że za niedługo będę reaktywować opowiadanie, choć doszłam do wniosku, że muszę troszeczkę je zmienić, więc też trochę to potrwa. Ale dziś naszło mnie na kolejny post z przemyśleniami.
Zapraszam do lektury.
Trzymajcie się,
ELO.
Ostatnimi czasy w dość dziwnych sytuacjach dochodzę do pewnych wniosków. Tematem refleksji były relacje międzyludzkie ze strony introwertyka. Na co dzień nie wyglądam na taką osobę. Ale postawienie mnie w pewnych sytuacjach, które mogą wprowadzić dyskomfort całkowicie mnie demaskują. Nowi ludzie i ich obserwacja, niewielki udział w dyskusji - wolę mniejsze przestrzenie i małą ilość ludzi. Nawet jeśli kogoś kojarzę to i tak średnio wychodzi mi z nim rozmowa. Zauważyłam jedno. Często, jak coś mówię, nikt mnie nie słucha. Mam na myśli większe grono. Próbuję coś powiedzieć, ale każdy najwidoczniej ma to gdzieś. To tak, jakby utknąć w dziurze, wołać pomocy, ale brakuje feedback'u. No cóż, życie, co nie?
Szarość, nudność i niewidzialność i to wszystko dlatego, że nie mam snapa bądź nigdy nie miałam kaca i wiem, gdzie są granice picia i ich po prostu nie przekraczam? Co teraz definiuje znajomość albo dobrą domówkę/imprezę? No chyba tylko poziom procentów...
Jest mi trochę przykro z tego powodu, ale przecież ani świata ani ludzi zmienić nie można, dopóki nie zacznie się od samego siebie, prawda?
0 komentarze:
Prześlij komentarz